nieregularne opowieści, czasem z głowy, czasem z d... ale zawsze od serca
czwartek, 23 września 2010
jak napisać CV

Mam absurdalną pracę. Wiem, że wielu spośród Was, a w sumie wielu z pośród Nas, bo nie będę się znowu tak alienować, powiedziałoby w tej chwili, że oni, w sensie, że my, że też mają, że mamy pracę absurdalną, groteskową i kompletnie bezsensu. Stwierdziliby zapewne, co poniektórzy, że przez osiem godzin dziennie, codziennie, muszą udawać, że coś robią, a tak naprawdę nic nie robią, a inni dodaliby gorliwie, że udawanie, że coś się robi, jak tak naprawdę nic się nie robi jest w rzeczy samej absurdalne, groteskowe i bezsensu. Otóż błąd! Wielu z Was, z Nas, z owych tych i tamtych, poległoby licytując się ze mną, bo mało które zajęcie, nawet takie, którego nie ma, ale zda się jakby było, może się równać ze sprzedawaniem noży na lotnisku.

Sprzedawanie noży nigdy nie plasowało się w czołówce moich marzeń. Poza krótkim okresem fascynacji kowbojskimi rewolwerami w 2 klasie podstawówki, nigdy też nie byłam szczególną amatorką broni. Sama idea posiadania przy sobie wielofunkcyjnego narzędzia, które może zarówno służyć do okaleczenia, jak i do odkorkowania butelki, czy wydłubania brudu zza paznokcia, specjalnie mnie nie kręci. W ogóle wielofunkcyjność jako taka mnie trochę przeraża. Cenię sobie prostotę i estetyczny wygląd, a niestety urządzenia wielofunkcyjne zwykle, po rozłożeniu wyglądają jak mityczne hybrydy, z szeregiem dodatkowych kończyn i jakimś ponadprogramowym okiem. Brzydzi mnie ta dysproporcja i asymetria, rodem z horrorów o dużych-ilościach-naraz-skorpionów, jednakże ta niechęć dotyczy tylko przedmiotów martwych - dla ścisłości, rozkładających się w nieprzewidywalnych kierunkach przedmiotów martwych, ludzi na szczudłach i zezowatych. Miałam kiedyś koleżankę, która jako dziecko śmiertelnie bała się guzików. Na sam widok guzików dostawała ciężkich ataków wymiotów, dlatego sfrustrowana, wiecznie niedopranymi ubrankami, matka, zafundowała jej zestaw garderoby zapinanej na rzepy i zamki błyskawiczne. Od razu nastrój w domu uległ poprawie. Bardzo poważnie traktuję tę historię, gdyż wiem, że gdybym niespodziewanie napotkała na ulicy zezowatego człowieka na szczudłach i ze szwajcarskim scyzorykiem w dłoni, to sama bym się ostro porzygała. I uciekła. Nie, pewnie bym uciekała rzygając. No tak, bo to jedyna opcja pozwalająca na szybkie oddalenie się od czynnika generującego atak fobii, a nad rzyganiem nie panowałabym przecież.

A wracając do noży, to właściwie nic nie mam przeciwko lotniskom, szkoda mi tylko straconego czasu. Dostaję pieniądze za to, że siedzę na tyłku przez osiem godzin i odpowiadam na pytania oburzonych podróżujących. Okazuje się, że inni uważają moją pracę nie tylko za absurdalną, groteskową i bezsensu, ale również za szkodliwą społecznie i niebezpieczną. Ale co ja mogę? Mam rzucić studia, pogrzebać szansę na karierę naukową i uczynienie świata lepszym miejscem, bo po raz kolejny uniosę się godnością i wypnę na moje jedyne źródło utrzymania? Może to i jest jakaś opcja, ale wtedy powroty z podkulonym ogonem do domu, staną się swoistą tradycją, podszytą udręką, napadami lękowymi i poczuciem porażki (rodziców rzecz jasna, bo ja jestem w miarę odporna na rezultaty własnych decyzji).

Ostatnio dużo rozmyślam nad swoim CV. Może dlatego, że szukam samo-spełniającej-najskrytsze-marzenia pracy, może, dlatego, że moi znajomi robią od tygodni, od miesięcy, od lat to samo, a może dlatego, że już dłużej nie mogę opierać się wrażeniu, że to wszystko jest absurdalne, groteskowe i bezsensu? Nawet majstruje drugiego magistra na ten temat, ale nie potrafię podać żadnych rozwiązań. Czasem wiem, czasem domyślam się, czasem instynktownie wyczuwam skąd to wszystko się bierze i kto na tym najwięcej zarabia, ale nie potrafię się wycofać, stanąć okoniem i powiedzieć „Sorry ludzie, ale ja już się w to nie bawię. Wiem co knujecie, a życie mam tylko jedno i zamierzam przeegzystować je jak najszczęśliwiej się da. Wy tu sobie szukajcie pracy, a ja spadam, bo to wszystko jest absurdalne, groteskowe i bezsensu. Adieu!”

Punkt „doświadczenie zawodowe”, zawsze mnie rozwala. Sporo tego i w ładne słowa ubrane, ale kogo my tak naprawdę próbujemy oszukać. Zarówno pracodawcy, jak i poszukujący pracy znają na pamięć te wyświechtane zwroty, te kłamstwa obłudne, te tony zbędnych epitetów, a co jest najśmieszniejsze i czego ja nigdy nie pojmę, to fakt, że ta forma w najlepsze funkcjonuje i stanowi czynnik przesądzający o twoim, o moim życiu zawodowym. Powinniśmy być szczerzy. Choć raz w życiu otwarcie napisać, co tak naprawdę robiliśmy zdobywając to tzw. doświadczenie zawodowe. Nie krygujmy się, nie napinajmy. Ok, ja zacznę:

Lipiec 2008 – ukończenie studiów.

Tenże lipiec 2008 – pomoc w organizacji Festiwalu Muzycznego we Francji – przez jeden dzień sprzedawałam piwo zjaranym brudasom, przez drugi czyściłam prysznice i toalety dla występujących podczas festiwalu rapujących murzynów.

I tutaj zaczynają się schody.

Nie potrafię napisać prawdy o kolejnych aktywnościach, nawet na tym, poniekąd anonimowym blogu. Co jeśli ktoś to przeczyta? Dajmy na to, ktoś zainteresowany moim pisaniem trafi tutaj i zobaczy, że… o nie, nie nie… tego nie mogę napisać! I tego też nie. O! I to! To, to by na pewno przekreśliło moje szanse.

I nie pomoże nic, że dodam, iż to nie jest tak do końca moja wina, tylko systemu pracy, wymagań, których mi nie stawiano, atmosfery sprzyjającej rozlazłości, zachęcającej do palenia papierosów przy piątej kawie i czytania e-booków itd. Co to da, że wspomnę, że tak jak i moje CV przedstawia spaczoną wersję rzeczywistości, tak samo oferty firm, które mnie zatrudniały mamiły nieszczerymi obietnicami mój młody, żądny wrażeń i naiwny umysł. Nic mi po tym, że rzucę odważnie potencjalnemu pracodawcy, co to zabłądzi w te rejony niby przypadkiem…, że mu rzucę ja, że jestem przekonana o tym, iż jego tzw. firma, wydawnictwo, czasopismo, cokolwiek, też wykorzystuje takie lewe metody autoreklamy, i że się wstydzić powinien. Nic to. Już jestem spalona. Jestem spalona, i wiem, że nie muszę wcale pisać prawdy, bo i tak wiem, że oni wiedzą, że kiedy ktoś nazywa siebie, Project Managerem w wieku 24 lat to jest absurdalny, groteskowy i powinien się leczyć!

Kończymy studia i myślimy, że teraz to nasza chwila prawy, i teraz to my zrobimy z nich idiotów, ale prawda wygląda trochę inaczej. Oni już wiedzą, że my będziemy kłamać, a my jeszcze nie raz uwierzymy, że elastyczne godziny są naprawdę elastyczne, a przyjemna atmosfera współpracy, będzie naprawdę przyjemna. Chcieliście wydymać Freda, ale to Fred wydymał Was.

Nas.

Moja praca jest absurdalna, ale przynajmniej nikogo nie obchodziło moje doświadczenie zawodowe.

20:54, tylkozabawka , krytykancko
Link Komentarze (1) »
środa, 30 czerwca 2010
jadac na rowerze ugryla mnie mrowka

Jadac na rowerze ugryzla mnie mrowka.

Niby takie male nic, pieciu groszy bys nie dal, a sprawilo, ze przystanelam na moment i zadumalam sie nad sensem zycia.  Nie byla to zaduma produktywna, ale raczej taka nostalgii I pytanie w podtekscie: co ja tutaj wlasciwie robie?

W sumie to dwa pytania jedno pod drugim: co ja tu wlasciwie robie i czego, do kurwy nedzy, wiecznie jestem nieszczesliwa I wszystko mnie nudzi?

No bo wszystko mnie nudzi. Rzygam tym znudzeniem. Ide na basen, to mi sie po 10 dlugosciach plywanie nudzi. Nie meczy mnie, tylko zanudza. Jade na rowerze to po 2 kilometrach stwierdzam, ze to takie jakies monotonne, tak pedalowac. Siedze w pracy to mi sie nawet ksiazki nie chce wziac do reki, bo pewnie I tak nudna. Klienci wiecznie zadaja te same nudne pytania. Znajomi maja ciagle takie same pomysly. Slonce tak samo nudno swieci, a jezioro i gory sa bez przerwy tak malownicze, ze az sie patrzec nie chce dluzej.

Ba, nawet internet mnie zmeczyl.

No I jeszcze ta sama nudna piosenka mi chodzi po glowie. Travis. Love will come through.

A wlasnie ze gowno prawda. Love wont come through, a nawet jesli will come to pewnie I tak mi sie znudzi.

A tera kilka ciekawostek i samopoczuc, ktore mnie wyrwaly I wyrywaja na kilka sekund z marazmu:

  1. Ugryzla mnie mrowka, jak jechalam na rowerze. Niebywale, jak ona tak mnie dogonila na tym rowerze.
  2. Po basenie malowalam sie przed lustrem ramie w ramie z 10letnia dziewczynka, ktora nalozyla na morde wiecej tapety, niz ja moglabym uzbierac w tydzien bez zmywania.
  3. Przezorny wozny zmienil uniwersalny kod do szkoly, wiec jak ten zebrak musialam godzine siedziec na krawezniku modlac sie zeby ktos przyszedl. Studentka, skadinad z twarzy znajoma, na pytanie o kod udawala ze mnie nie rozumie. Czy ja wygladam na zlodzieja? Szwajcarskie kurewstwo ot co…
  4. Jezioro dzisiaj wyraznie inaczej smierdzi. Taki potezny rybi zapach. Czyzby jakies tarlo I imprezka sie szykowaly w bulgoczacych odmetach?
  5. Przez tydzien trulam wszystkim o bilecie samolotowym do Polski, a teraz nie wiem jak go wydrukowac. Troche mnie to irytuje taka bezsilnosc.
  6. Zauwazylam ze demotywatory sa coraz mniej smieczne a coraz bardziej zenujace.
  7. Moj aparat jest slaby. Jak probuje zrobic sobie zdjecie, zeby pokazac rodzicom nowa fryzure, to ten chlam zamiast podkreslac ksztalt glowy skupia sie na moim spoconym licu, tak ze poliki mi sie swieca jak milion monet. Wstyd wysylac.
  8. Mozarella mi sie zdecydowanie przejadla. Probowalam przerzucic sie na ser gorski, ale cena skutecznie naprowadzila moj smak na bezpieczne, wloskie tory.
  9. Duzo rzeczy ostatnio kojarzy mi sie ze smiercia, staroscia I o dziwo z aborcja. Jakos tak przychodza mi te terminy do glowy I nie wiem co z nimi poczac.

10. Jak sie dlugo wpatruje w swoje odbicie w lustrze, to zaczynam widziec pierwsze zmarszczki. Przeraza mnie to, wiec sobie kupilam krem z Q10, ale boje sie go uzywac zeby mi tak nie zostalo.

11.  Odkrylam, ze tak napawde nie lubie palic ziola. Byc moze ma to zwiazek z tym ze na ulicy znalazlam zaopatrzenia na conajmniej rok I nie wiem co z tym zrobic. Jakbym nie miala to bym pewnie lubila, a ze mam to nie lubie.

12. Nienawidze wakacji. Wszyscy wyjezdzajacy do domu gwarantuja mi wspaniale wrazenia. Genewa latem jest piekna, mowia. Tyle sie dzieje. Oni mi to mowia, a ja widze okladke w Tribune de Geneve ze mna I fajerwerkami w tle “Kim jest ta tajemnicza dzeiwczyna – wszedzie bywa, zawsze sama”.

13. Potrzebuje psa. Napewno mniej by brudzil niz moi arabscy I czarnoskorzy sasiedzi. Swoja droga, co oni do jasnej cholery jedza. Przeciez to sie nie da oddychac w porze obiadowej. Nie chce nawet juz myslec o ich porannym kale we wspolnej ubikacji. Okrutne, ale musze o tym wspomniec.

14. Dorosli I powiedzmy ze powazni ludzie doprowadzaja mnie do szalu wykrzukujac “ Kuku!” w najmniej oczekiwanym momencie. I nie, nie ze “kuku na muniu”, jakby to powiedziala moja babcia, ale to taki francuski slodki sposob witania sie.  Kuku ci w d… kolezko!

15.  I tak na koniec tej dawki fantastycznych emocji -  zawsze jak sie zwleke nad jezioro rysowac komiksy, to szukam odludnego miejsca. Uciekajac od ludzkich spojrzen trafiam w troche takie zenujace rejony. Dzisiaj majac do wyboru ogrod rozany, park botaniczny, laweczke zaciszna, wyladowalam kolo rozkladajacej sie starej barki przy wiejskim przystanku autobusowym.

No a jutro? A jutro grill I picie piwa. Jak oryginalnie.

 

22:42, tylkozabawka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25